Nowe historyczne zdjęcie…

Babcia najpierw stwierdziła, że nigdzie nie jedzie, bo „już za stara”: Babciu, ja to dla Ciebie wszystko robię, a Ty nie chcesz jechać?!

Później zachwycała się zdjęciami na wystawie, wśród których znalazła zdjęcia swoich rodziców i swoje z młodości, ale oczywiście odmawiała zrobienia wspólnego zdjęcia ze mną – bo były by na nim jej dwie kule, bez których już ani rusz: Babciu, widzisz jakie masz piękne rodzinne zdjęcia z siostrzenicami w monasterze? To nasze to też będzie kiedyś historyczne zdjęcie!

I o. Sofroniusz zrobił nam takie piękne zdjęcie. Babcia, synowa i wnuczka. Utrwalone na zawsze. To słoneczne niedzielne popołudnie, wzruszenie, miłość, poczucie dopełnienia książki tym właśnie spotkaniem.

jabłeczna

Spotkanie z dziewczyną z fotografii

Wczoraj spotkałam Żenię. Przysiadłam się na ławeczce pod remizą do rozmawiających kobiet, kiedy już oficjalna część promocji książki się zakończyła, a zaczęła ta „integracyjna”. Pani Eugenia Stradczuk przyjechała z sąsiadkami z Zabłocia. Znalazła siebie na jednym ze starych zdjęć na wystawie – z koleżanką Nadzią w Młynarach. Bardzo się ucieszyła, kiedy powiedziałam jej, że byłam u babci Nadzi, Nadzia jest opisana w książce (Nadzieja Nazaruk z Olszanek, matka chrzestna mojej mamy). Dobrze pamiętam, jak wybierałyśmy z Nadzią jakąś starą fotografię do książki. Dwie dziewczyny, elegancko ubrane, najpewniej wstąpiły do fotografa w niedzielę po cerkwi… Od razu zaczęłam podpytywać: a co to za druga panienka na tym zdjęciu. Wiedziałam o pani Eugenii, ale zbrakło mi wtedy czasu, aby ją odszukać w Zabłociu i z nią pogadać.

Babcia Żenia najpierw wspominała razem z młodszą sąsiadką, że słowa pieśni o wysiedleniu napisał taki jeden Martyniuk z Zabłocia. Później zaś już popłynęła wspominając czasy na Zachodzie. Była wysiedlona w okolice Ornety. ”Dwa lata nie byliśmy w cerkwi, ani u spowiedzi. No w końcu przyjechał batiuszka, błahoczynnyj. A to samo była wierbnaja niedziela. Przyszło ze trzysta osób. I wyszedł batiuszka i pyta: wy pewno wszyscy chcecie do spowiedzi? To jakżeż ja was wszystkich wyspowiadam! – mówi. I wziął nad nami wszystkimi przeczytał modlitwę. Taka była spowiedź zbiorowa. O, to było przeżycie wzruszające!”

I tak babcia Gienia okazała się moim najmilszym gościem wczorajszego dnia, oprócz oczywiście mojej własnej babci Olgi.

zaczęło się chyba od tego

Psalm 1938 i 1947 

 

                          A Bug był niespokojny tego roku…


Nad rzekami Bugu – 
tam myśmy siedzieli i płakali, 
gdy nasze cerkwie rozbierali. 
Kiedy oni mówili: Burzcie, burzcie – 
aż do fundamentów! 
śpiewaliśmy pieśń syjońską 
i wyciągaliśmy ikony spod gruzów. 


A ci co nas uprowadzili 
chcieli by pieśń umilkła. 
Na topolach tamtej krainy 
zawiesiliśmy nasze ikony. 
Śpiewaliśmy głośno 
pieśń Pańską 
i w obcej stronie.

Podlaska ziemio, jeśli zapomnę o tobie, 
niech język przyschnie mi do podniebienia! 
Niech Bug rozbije o skalę moje dzieci.

                               

                                       kwiecień 2010

Pierwszy wpis

Olga Sawczuk, moja babcia, urodziła się w 1925 r. jako najmłodsza córka Pauliny i Michała Melaniuków, i siostra Bazylego, Piotra, Marii oraz Natalii. Kilka lat wcześniej jej rodzice wrócili z obwodu tambowskiego w Rosji, gdzie trafili podczas bieżeństwa. Rodzina mieszkała na kolonii, należącej do wsi Nowosiółki. Dziś nie ma już w tym miejscu drewnianej chatki. Pozostał tylko sad, krzyż postawiony przez pradziadka Michała nieopodal drogi i wspomnienia…

 

Okupacja

 

Niemieckie wojsko szło w tamtą stronę, a tu granica była. Niemcy przyjechali na nasze podwórko, bo znajdowało się z dala od drogi. Rozstawili kuchnię polową i siedzieli u nas calutki dzień. Ojciec w tym czasie kopał bunkier. Wtedy oficer powiedział mu, że mają umówione przejście przez granicę: „Jak my pójdziemy, to pójdziemy, a jak nas zatrzymają to kaput. Nikt i nic pomoże”. Poszli w nocy. Granica była otwarta dla nich, jeden tylko rosyjski żołnierz strzelał z drzewa. Później go w monastyrze pochowali. Do domu na kolonii przychodzili nie tylko Niemcy, ale i polscy partyzanci, czy Żydzi ze Sławatycz, proszący o schronienie dla dzieci. Bazyli, brat babci był na robotach w Niemczech. Babcia, aby uniknąć wyjazdu poszła do pracy w Jabłecznej w majątku przejętym przez Niemców.

 

Później mieszkańcy Nowosiółek przeżywali kolejne przejście wojsk, tym razem powracających ze Związku Radzieckiego: U nas na kolonii rosła olszyna. Ludzie z wioski zagnali tam konie, bo bali się, że Madziarzy[1], którzy byli po stronie Niemców, konie zabiorą. I nasze konie był w olszynie. Uzdeczkę powiesiliśmy na gruszy, żeby nie znaleźli. Siedzieliśmy w bunkrze, a oni znaleźli uzdeczkę i ogiera zabrali. Ojciec później jeździł, szukał go, myślał, że może gdzieś po drodze go zostawili, ale nie znalazł. W bunkrze było dużo osób, duszno. Samoloty latały, pociski, było słychać strzały. Jak ucichło, my z koleżanką przebiegłyśmy szybko do drugiego bunkra i wtedy zaczęli strzelać w naszą stronę. Jeden pocisk wpadł do okopu, ale szczęśliwie w samym rogu, po stronie, gdzie nikogo nie było. Później tato postawił w przy naszej drodze krzyż w podziękowaniu za to ocalenie.

 

Siostra Natalia wyszła za mąż za Anatola Radziwinowicza. Poznali się w monastyrze, on się uczył w szkole psalmistów. Po ślubie pojechali na parafię koło Pińska. Zaraz tam zaczął się komunizm, front przeszedł, nie było cerkwi. Tola chciał tam zostać sklepowym, ale przyszedł do niego sołtys, dobry znajomy i mówi: „Jak masz gdzie, to uciekaj, bo wywiozą na Sybir”. I oni z Nataszką zimą przeszli przez Bug po lodzie. Zabrali tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

 

Później trafili na parafię za Włodawą – do Suchawy. Tam była cerkiew i bardzo dużo ludzi prawosławnych,  ale wszyscy wyjechali. Zanim oni pojechali, to Tola, nie wiem jak, trafił do armii. Jak szedł front tam przez Suchawę, szli Rosjanie i jego zabrali ze sobą na wojnę. Po prostu nie wiadomo jak to się stało, zabrali i już, bo on był przy cerkwi, uczony… Wtedy Nataszkę myśmy zabrali do siebie. Ona przyszła do nas na pieszo z Suchawy z płaczem. Dziecko gdzieś tam zostawiła u kogoś, bo tam jeszcze kumi byli. Kum był z tej Suchawy, ja z nim chrzciłam tą Zosię. Pojechał ojciec, zabrał rzeczy, krowę i do siebie ją sprowadził z dzieckiem. A tam później już była taka sprawa, że ochotnicy do Związku Radzieckiego jechali – „Ruskie to do Rosji”. Już tu granica powstała. I od nas tacy, którzy byli za komuną, to wyjeżdżali do ZSRR. Niby to było, że kto chciał, na ochotnika, ale tamci z Suchawy, to bali się Niemców. Cała wioska wyjechała, tylko jedna była rodzina katolicka, czy dwie w tej wiosce i tylko oni zostali. I batiuszka razem wsiadł na furmankę i pojechał, powiedział: „Co ja będę tu zostawać, ludzie jadą i ja jadę”. A gdzie on tam później był? Może komuniści go na Sybir wysłali…

 

Anatol zaszedł aż pod Berlin, był ranny. Dość długo leżał w szpitalu. W końcu pieszo przyszedł do Nowosiółek. Nie było już tej parafii w Suchawie i tych ludzi, a chodziły bandy ukraińskie. Zastrzelili Piotra, syna batiuszki Włodzimierza Weremczuka. On był w ukraińskiej szkole wyuczony. Powstała partyzantka ukraińska i jego zabrała, a on uciekł do domu. Ukrywał się i wyszedł rano, gdzieś matka go wysłała, a oni czatowali na niego i zastrzelili go – parę kroków od mieszkania. Różnie mówili, czy to ukraińska partyzantka go zabiła, czy polska. Batiuszka ukrywał się w Słupsku i powiedział do Toli, żeby zajął jego chatę w Nowosiółkach: „Idź. Tam jest koń, będziesz gospodarzył, pilnował domu”. I zamieszkali tam, ale nie mieli przez to spokoju. Ileż to razy partyzantka nachodziła Anatola, jak on wracał do Nowosiółek od nas. Jak idzie od nas, to z krzaków wyjdą tam za Jabłeczną w biały dzień i grożą, że zabiją. Po polsku mówili. „Gdzie ten Weremczuk? Gdzie ten baciuszka?” – pytali. A on: „nie wiem” i „nie wiem”. „Nie wiem gdzie on. Powiedział mi przyjść, ja się wprowadziłem, bo nie mam gdzie żyć. A gdzie on wyjechał naprawdę nie wiem.” Aż w końcu dali spokój, ale ile on strachu przeżył. Mieszkali tam z Nataszką z rok, a później, jak tylko nas wysiedlili, przenieśli do nas na kolonię.

 

Wywóz

 

W czasie okupacji powstała ukraińska gmina, była też ukraińska policja. Później zaczęli wyrabiać dowody, w których trzeba było zadeklarować kto jakiej jest narodowości. Pomyśleliśmy: „Jacy my Ukraińcy? Cały czas niby po swojemu rozmawiamy, ale czy Ukraińcy? No i nie Polacy. To niech będzie ukraińska narodowość”. I tak nas ojciec zapisał. Kto tam bardzo zdawał sobie wtedy z tego sprawę… I później tego, kto miał kartę taką – dowód, że jest narodowości ukraińskiej – wywozili. A na przykład Szczury, już oni tam byli bliżej Polaków, koło Sławatycz, to zrobili dokumenty, że oni narodowości polskiej, nie ukraińskiej i ich nie wysiedlili. Michał, Mikołaj[2] – ich też nie, bo jak ktoś z rodziny był w wojsku polskim, to nie wywozili. A Michał służył w wojsku.

                                                                                                                                                                 

Wszystkich naraz wywozili, tam może ze trzy, cztery rodziny się zostało w Nowosiółkach. Nie wiem jak ostała się Sadowska, czy Hawronia[3]. Ta Sadowska, ona już wtedy chyba wyszła za mąż za katolika i pewnie dzięki temu. Poza tym to wszystkich wywieźli, a domy pozajmowali Olędrzy i jeszcze jacyś przyjezdni. Porozdzielały się rodziny, bo wiadomo jak to kiedyś: biednie, dzieci pożenione ze starymi rodzicami żyły, to porozdzielali się i pozajmowali te puste domy. O tych Olędrach kiedyś pisali, jak oni się u nas osiedlili. Oni dobrze się osiedlili, tak żyli i tak się nauczyli po naszemu rozmawiać, że nie było różnicy – ci starzy. A już ci młodzi to inaczej… Jeszcze my w Chotyłowie czekaliśmy i na drugi dzień do naszego domu wprowadziła się siostra, Nataszka z tej chaty batiuszki Weremczuka, a oni już przez noc nasze pszczoły rozszabrowali. U nas było 20 uli, powyciągali ramki, wszystko zrujnowali.

 

Z wysiedleniem było tak, że wieczorem, dzień przed, było zebranie. Kazali do rana się spakować. Poszedł Pioter, ojciec chyba nie poszedł. Wszystko musieliśmy załadować na furę. Co tu zabrać? Pościel, świnie wzięli tylko dwie – reszta została. Krowy chyba dwie, czy z jałówką trzy. Koń to był jeden. Mieliśmy więcej, ale w czasie frontu zabrali Madziarzy ogiera, a źrebaka pociski zabiły, jak stał w olszynie. I klacz była ranna, ale ją jakoś wyleczyliśmy. Pojechaliśmy do Chotyłowa do stacji. Tam siedzieliśmy chyba dwa dni, zanim przyjechały wagony. Dawali nam jakieś śledzie z głowami, to jeszcze coś do jedzenia.

 

Załadowaliśmy się do wagonów i tak dojechaliśmy do Lidzbarku Warmińskiego. W Lidzbarku wyładowali nas i tam nocowaliśmy. Na drugi dzień wysyłali, kto gdzie ma jechać się osiedlać, w jakim kierunku. Nas wysłali do Górowa Iławeckiego, nas i jeszcze więcej rodzin. Ja gnałam krowy 20 kilometrów na pieszo – z Lidzbarka do Górowa. A ojciec i reszta rodziny, jechali furmanką. Nie wiem, już nie pamiętam, może jakiś samochód jeszcze był, bo świnie jeszcze trzeba było zabrać. Był tam taki komitet PUR, który to wszystko organizował.

 

Zajechaliśmy do Górowa. Tam siedzieliśmy chyba ze trzy dni, do jedzenia dawali nam zupę. W końcu powiedzieli: „Macie tu zostać. Jedźcie sobie szukajcie miejsca, jakiegoś mieszkania, gdzie się osiedlicie”. Nie powiedzieli gdzie, tylko: „jedźcie sobie szukajcie”.

 

Zięby

 

 I tak jeździli ojciec z bratem wokół tego Górowa, jeździli, aż w Ziębach[4] znaleźli mieszkanie. I już, jak to wszyscy w obcej stronie, wszyscy razem do jednego domu się wprowadziliśmy: ja, mama z tatą, siostra Mania z mężem Kostkiem i trójką dzieci[5], brat Piotr z żoną Anastazją i dwoje dzieci[6], i brat Waśka[7]. Był to taki większy dom, ale ani jednej dachówki nie miał i okna powybijane. Jedzenie nam jakieś dawali, kukurydzę, mąkę, kaszę kukurydzianą, margarynę przydzielali i tak siedzieliśmy.

 

Minął chyba z tydzień i Pioter się wyprowadził. Taka chatka była, strzechą pokryta, nikt tam nie chciał iść, więc on poszedł z rodziną. A my jeszcze zostaliśmy. Ja przeszłam się po wiosce i znalazłam takie mieszkanie czyste, ktoś już je wysprzątał. Wróciłam i mówię: idźmy do tego mieszkania, dlaczego będziemy tu zostawać, jak jest lepsze. A ten dom, w którym byliśmy na początku, stał tak dalej od wioski i w takim dole, że jak jechać furmanką, to koń mało się nie zabije, do drzwi aż tak poleci, takie tam górzyste tereny. I przenieśliśmy się do drugiego mieszkania. Tylko tam też nie było ani jednej dachówki, i taka wyrwa od pocisku w ścianie w kuchni. Ale już organizowała się ekipa remontowa. Nawet wstąpił do niej jeden chłopak z Nowosiółek i szwagier Kostek. Ekipę zbierali jacyś z powiatu. Tego powiatu jeszcze nie było może, ale jakaś organizacja tam była. Do zimy zamurowali, nakryli… i tak mieszkaliśmy w tym domu. Mieliśmy dość dużą kuchnię i dwa pokoje. Był jeszcze jeden pokój, ale w nim nie mieszkaliśmy, tylko tam zsypywało się zboże. To było w jednym końcu domu, a drugi koniec był niewykończony. Mebli, niczego nie było, gdzieś tam łóżko jakieś znaleźli. Stodoła była byle jaka, nie obita. Wszędzie rosła pokrzywa, osty. Zaoraliśmy to wszystko. 4 hektary pola mieliśmy.

 

Przed nami przyjechali ludzie z Rzeszowa, z Sanoka. Ich wcześniej wysiedlali. I Wileńszczacy już byli, a skąd oni się tam wzięli z Wileńszczyzny, to ja nie wiem… Chyba sami uciekali od Rosjan, bo to samo granica powstała, a oni się czuli Polakami, więc uciekali do Polski. Oni zajęli sobie te lepsze domy. Byli i z centralnej Polski, z warszawskiego. Ci przyjechali jako pierwsi, na ochotnika: jak byli jacyś ludzie biedni, mieli dużą rodzinę, zabierali się, pakowali, jechali, zajęli dom i już.

 

Niemcy wyjechali, gdzieniegdzie jeszcze byli. Czy ich wywozili, czy na ochotnika jechali, tego nie wiem. Ale widać, że  opuszczali domy w pośpiechu. A ci z centrali i Wileńszczacy, jako że pierwsi przyjechali, to jeszcze dostawali mięso, i wszystko sobie zabierali, naczynia, garnki, wszystko, co po tych Niemcach zostało.

 

Kartofli nie mieliśmy. Chodziło się do PGR-u do pracy, a na koniec była zapłata – ile kartofli dasz radę wziąć, tyle bierz. Jak zajechaliśmy, nie było sklepu, szkoły dla dzieci, nie było powiatu, urzędów. Jeszcze w Boże Narodzenie chodziliśmy na pasterkę do kościoła, a już w następnym roku zrobili prawosławną parafię, tzn. urządzili cerkiewkę na cmentarzu niemieckim w Górowie. Przyjechał batiuszka, dostał plebanię. Początkowo ja tam jeździłam za psalmistkę nawet, bo nie było komu odśpiewać, ani przeczytać. W monastyrze w Jabłecznej śpiewałam w chórze, więc tam umiałam trochę. Ten batiuszka był zakonnikiem, więc przyjął gospodynię i już później ona prowadziła chór. A ludzi jechało do cerkwi bardzo dużo. Jechali daleko, po 10 kilometrów, furmankami i rowerami.

 

I urzędników nie było na Zachodzie. Przewodniczącym rady powiatowej został taki jeden z naszej wioski po siedmiu klasach. Nasz Waśka też skończył siedem oddziałów, to już w tych czasach był wykształcony. Na początku poszedł na dróżnika zwykłego, później wysłali go na kurs. Trzeba przyznać, że sporo ludzi kierowali na takie różne kursy. I właśnie Waśka i Kostek dostali motory, i wszędzie po drogach jeździli,  porządku pilnowali. Później Waśka poszedł na kierownika komunikacji powiatowej rady, ale on nie chciał tam być, bo tam trzeba było jakiś most robić czy coś; mówi: „Nie mam odpowiedniej szkoły, zrobię coś nie tak, to jeszcze  do więzienia pójdę”.

 

Byli jacyś przedstawiciele, jak to za komuny; kołchoz chcieli zrobić. Przyjechał taki jeden, siedział w Ziębach chyba z tydzień i chodził, namawiał ludzi. Zboże na kontyngent trzeba było oddać. Była jakaś organizacja od państwa, że na przykład, jak powiedzieli, że szkoły nie ma – dzieci są, a nauczyciela nie ma, to zorganizowali szkołę. Był sołtys, wójt, była gmina w Bukowcu. Wójt pochodził z Wileńszczaków, a mieszkał w naszej wiosce. Ludzie szli więc do wójta, mówili, że kogoś trzeba wysłać na kurs nauczycielski. Mnie wytypowali. Ja nie mogłam jechać: matka chora, poszła do szpitala do Olsztyna, gospodarka… Trzeba było gospodarzyć i nie poszłam. Ale przysłali jakiegoś nauczyciela spod Łukowa, czy skąd. Budynek na szkołę był, nawet z takim pomieszczeniem, gdzie nauczyciel mógł mieszkać.

 

Najbliższymi sąsiadami Melaniuków w Ziębach byli Biełaniczowie z Sanoka, grekokatolicy. Mieli oni córkę Annę, która jako że była w podobnym wieku, co babcia została jej dobrą koleżanką. Choć był to trudny czas dla przesiedlonych i ludzie żyli biednie, potrafili znaleźć radość w codzienności. Spotykali się, wspólnie pracowali, śpiewali, organizowali zabawy taneczne. Czas młodości rządzi się swoimi prawami. Odbywały się i tzw. swaty. Kiedy Anna wyszła za mąż za Piotra Starucha, trzykrotnie prosiła babcię o trzymanie jej dzieci do chrztu. Staruchowie nie wrócili z wysiedlenia na swoją ojcowiznę. Jak mówi babcia: Tam też mieli biednie i górzyste tereny. Melaniukowie natomiast po 7 latach wrócili do Nowosiółek. Przyjaźń przetrwała. Później jeszcze przez długi czas rodziny odwiedzały się wzajemnie, wysyłały listy i podarunki. Od kiedy Anna zachorowała, kontakt z moją babcią utrzymuje jeden z jej synów. Rodzina nadal mieszka w Ziębach.

 

Nowosiółki

 

W 1954 r. babcia i jej rodzice podjęli próbę powrotu do Nowosiółek. Przed nimi wrócił już Piotr z rodziną i to u niego mieli się chwilowo zatrzymać zanim nie wykupią swojego, zajętego gospodarstwa.

 

Mieliśmy znajomego, który pracował w gminie. Wymeldował nas i wyjechaliśmy pociągiem do Chotyłowa. Wcześniej daliśmy znać swoim, więc przyjechały po nas dwie furmanki. Zrobiło się ciemno, jedziemy. W Piszczacu, dwa wozy z gumowymi kołami przejechały, a my żelaźniakiem wracaliśmy. Koła zadźwięczały na bruku. Akurat był dyżur na posterunku przed jakimś głosowaniem i nas zatrzymali. Kazali nam się zawracać na Zachód. Przyjechał z nami do Chotyłowa policjant, pociągu nie ma, trzeba długo czekać. A oni tam popijali sobie, jemu nie chciało się stać, żeby nas odprawić. Zaczęłam prosić, że to tylko ja i starzy rodzice. I puścił nas, kazał jechać na Zalutyń. Pojechaliśmy okrężną drogą nie przez Tuczną, bo tam też posterunek, bocznymi drogami. Tak, że dopiero następnego dnia wieczorem dotarliśmy do domu. Początkowo przyjął nas Pioter, bo musieliśmy dać odstępne kobiecie, która zajęła nasze siedlisko.

 

Nataszka i Tola gospodarzyli na naszej kolonii tylko jakieś 2-3 lata, było im ciężko, mieli jednego konia. Przenieśli się na parafię do Telatycz[8], gdzie szwagier został psalmistą. Ale tam też biednie im się żyło, więc przyjechali do nas, na Zachód. Tola pracował jako sekretarz w gminie Wojciechy. Później musieli wysłać córkę, Zofię, do wyższej szkoły, więc przenieśli się do Konina. Ostatecznie wrócili do Białej Podlaskiej, bo Natalia tęskniła za rodziną. Anatol był już na wojskowej emeryturze. Prowadził chór w Białej, jeszcze w tej starej cerkwi.

 

A ta kobieta, która zajęła naszą kolonię to była wdowa, katoliczka, repatriantka zza Buga. Ona nie uprawiała pola, tylko trzymała owce. Jakoś się z nią dogadaliśmy, zapłaciliśmy i wróciliśmy do siebie. Ziemię też udało się odzyskać w całości.

 

Wkrótce po powrocie, babcia wyszła za mąż za Michała Sawczuka i przeprowadziła się z kolonii do wsi Nowosiółki. Dziadkowie utrzymywali się z gospodarstwa, pracy na roli, a przez wiele lat też z prowadzenia sklepu, w którym jak wiadomo skupia się życie wsi. Dziadek często wyjeżdżał do pracy w delegacji, na tzw. wozki. W tych latach powstał murowany dom i urodzili się dwaj synowie: Eugeniusz i Jan. Dom w Nowosiółkach stał się ostoją dla całej rodziny, która zjeżdżała się i nadal zjeżdża się rokrocznie w czerwcu na święto św. Onufrego, patrona monasteru w Jabłecznej. Obecnie już nie tak licznie, bo – jak puentuje babcia wszystkie swoje opowieści o przeszłości – czasy się zmieniły.

 

Dwaj bracia i dwie siostry babci, choć ich losy układały się różnie, ostatecznie zatrzymali się w Białej Podlaskiej, gdzie spoczęli na prawosławnym cmentarzu przy cerkwi.

 

***

 

We wrześniu 2012 r., czasie wyjazdu plenerowego w ramach projektu „Uczmy się tolerancji na błędach historii” odwiedziłam cerkiew w Górowie Iławeckim i Lidzbarku Warmińskim, do których przed laty chodziła moja babcia Olga. Jadąc z Górowa do Ornety drogą obsadzoną z dwóch stron topolami, oglądałam pagórkowaty krajobraz Warmii. Wyczekiwałam zakrętu, o którym wspominała babcia. Pojawiła się tabliczka z napisem Zięby, a za chwilę zakręt. Bus się zatrzymał, wysiadłam i skierowałam się do pierwszego z domów, który pasował do opisu babci. Drzwi otworzyła mi synowa Anny Staruch, koleżanki babci z lat wysiedlenia. Tylko tę rodzinę mogłam teraz odwiedzić w Ziębach. Domu, w którym mieszkała babcia z rodzicami już nie ma. Widziałam tylko miejsce, w którym stał. Wizyta w Ziębach, które znałam tylko z opowiadań, choć krótka była dla mnie przeżyciem, jakie zachowam głęboko w sercu.

 

Moja babcia jest osobą, która zachowuje dystans do przeszłości. Każde wydarzenie, czy to radosne, czy bolesne, z perspektywy czasu uznaje za budujące jej życiowe doświadczenie. Prostolinijność babci wyraża się w przekonaniu, że nie należy już za dużo głośno mówić o bolesnych historiach sprzed lat. Takie podejście ma wielu przedstawicieli pokolenia, które przeżyło wojnę i akcję „Wisła”. To ludzie wyznający prostą filozofię życia, w którym najważniejsza jest uczciwość, praca, rodzina i prawosławna wiara, a nie ma miejsca na narzekanie, rozpacz i oskarżenia.

 

Zawsze chciałam spisać opowieści mojej babci, wciąż pełne żywych barw i emocji. Babcia, doskonałą pamięć zawdzięcza setkom przeczytanych książek. Literaturą interesuje się od najmłodszych lat. Jak wspomina, zaczynając naukę, poszła od razu do drugiej klasy, bo już na starcie umiała biegle czytać. Literacką pasję babcia przekazała i mnie, dzięki czemu bardzo wcześnie odkryłam, jaki otrzymałam od Boga talent. Babcia Olga na obchodzone w maju, 88 urodziny dostanie tę książkę, w której przeczyta dobrze sobie znaną historię.

 

[1] Węgrzy.

[2] Bracia Sawczukowie z  Nowosiółek; Michał – późniejszy mąż babci.

[3] Wszystkie ze wspomnianych w wypowiedzi osób mieszkały w okolicy i były prawosławne.

[4] Wieś w gminie Górowo Iławeckie (pow. bartoszycki, woj. warmińsko-mazurskie).

[5] Maria i Konstanty Kirylukowie; dzieci: Nadzieja (po mężu Chrol), Michał, Olga (po mężu Wołosiuk).

[6] Michał i Lidia (po mężu Stefaniuk).

[7] Ukr. Bazyli. (Wszystkie imiona podaję w oryginalnym brzmieniu, używanym przez babcię.)

[8] Kolonia w gminie Nurzec-Stacja (pow. siemiatycki, woj. lubelskie).